Z przymrużeniem oka i całkiem na serio o ciąży, rodzinie, macierzyństwie i małżeństwie. Liczne ciekawostki i porady dla przyszłych i obecnych rodziców, rodzin, małżeństw, a także dla tych, którzy o rodzinie nawet jeszcze nie pomyśleli.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rodzina. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rodzina. Pokaż wszystkie posty
wtorek, 26 kwietnia 2016
środa, 6 kwietnia 2016
Obiecuję Ci, Córeczko ...
Kochana Córeczko!
Nie wiem, jak będzie wyglądał świat gdy dorośniesz. Być może zanim nauczysz się czytać blogi odejdą do lamusa i wszyscy zapomną o mojej stronie. Mam nadzieję, że ja będę tu powracać i przypominać sobie jak to było, gdy byłaś maleńka. Przeczytam swoje wypociny i wspomnienia ożyją, wrócą dawne emocje i refleksje. I wtedy natknę się na ten list. List, w którym napiszę, co obiecałam sobie, gdy miałaś niecałe 4 miesiące i leżałaś słodko w łóżeczku, a ja z łezką wzruszenia w oku oglądałam zdjęcia z Twojego chrztu. Przypomnę sobie ile emocji mi wtedy towarzyszyło, jaka byłam dumna z bycia Twoją mamą, jak bardzo bałam się o Twoją przyszłość i jak rozpierająca mnie miłość dodawała mi pewności, że zrobię wszystko, abyś była szczęśliwa i wyrosła na wspaniałą kobietę. Mam nadzieję, że jeśli gdzieś po drodze zbłądzę, to ten list podpowie mi jak wrócić na właściwy tor.
Po pierwsze - chciałabym Ci obiecać, że nie będę lekceważyć Twoich problemów. Nie powiem, że wymyślasz, że przesadzasz, że to nic takiego. Nawet gdyby chodziło o złamaną kredkę, przewróconą wieżę z klocków czy poplamioną ulubioną sukienkę, zawsze wysłucham Twojego problemu i spróbuję znaleźć rozwiązanie. Wiem, jak jest mi smutno, gdy inni lekceważą moje problemy, śmieją się z nich lub nie chcą mnie wysłuchać. W dorosłym życiu inne sprawy zajmują moją głowę, jednak pamiętam doskonale, że gdy sama byłam mała to nie zepsuty samochód czy brak pieniędzy na wakacje był najgorszy, ale właśnie zniszczona zabawka czy podarte rajstopki. Nie powiem Ci także "nic się nie stało" gdy się przewrócisz i obetrzesz kolanko. Bo dla Ciebie właśnie "coś" się stało. Ciebie będzie to bolało, a ja jako kochająca matka przytulę Cię, pocałuję i podmucham "kuku", a potem przykleję kolorowy plasterek, nawet gdyby tego "kuku" wcale nie było widać.
Obiecuję Ci również, że nauczę Cię wszystkiego, co sama potrafię. Nauczę Cię piec i gotować, jeździć na rowerze i rolkach, malować paznokcie i robić makijaż, układać włosy i chodzić na obcasach, przyszywać guziki i cerować skarpety. Nawet jeśli sama robię to kiepsko, to gdy dorośniesz nauczysz się tego lepiej. Będziesz jednak miała podstawy i dobry start w dorosłe, samodzielne życie. Będziesz potrafiła zadbać o swoją przyszłą rodzinę, a najpierw zdobyć odpowiedniego mężczyznę, który, mam nadzieję, doceni Twoje umiejętności.
Obiecuję także pomóc Ci w rozwijaniu Twoich zainteresowań. Nawet gdyby miała to być gra na perkusji, a nie na skrzypcach, jak to sobie wymarzyłam, albo zapasy, a nie taniec towarzyski. Być może dla mnie będzie to głupie, ale jeśli Ty masz być dzięki temu szczęśliwa, to nie mam nic przeciwko. Nie pozwolę Ci za to na jazdę konną, bo będziesz miała krzywe nogi - tak twierdzi tata :-) Szukaj więc swoich pasji, choćbyś miała zmieniać je co pół roku. Bez sensu bowiem masz uczyć się francuskiego, skoro zdecydowanie bardziej wolisz niemiecki. I mam nadzieję, że stać będzie mnie na to, aby nie odmówić Ci niczego, co będzie wiązało się z Twoim wykształceniem lub hobby. I z tym wiąże się moja kolejna obietnica...
Obiecuję Ci, że będę obecna w Twoim życiu. Że nie dam się zaślepić pieniądzom i nie będę pracować od rana do nocy wmawiając sobie, że to dla Ciebie zarabiam. Wiem, że będziesz wolała dostać jedną sukienkę czy lalkę mniej, a spędzić czas ze mną. Już teraz widzę, że niepotrzebne Ci żadne zabawki, za to czas, w którym poświęcam Ci 100% swojej uwagi jest dla Ciebie najlepszą zabawą. Wszystkie grzechotki, książeczki i przytulanki są tylko dodatkiem, a najlepiej bawisz się wtedy, kiedy do Ciebie mówię, kiedy robimy razem samolot, kiedy bawimy się w "kosi, kosi łapki". W przyszłości również chciałabym móc spędzać z Tobą jak najwięcej czasu, zabierać Cię na spacery, wycieczki, nad jezioro i morze, czasami w góry i do ZOO, urządzać pikniki i ogniska, odrabiać z Tobą lekcje i oglądać bajki, czytać książki na dobranoc i przyrządzać pyszne śniadanka na dzień dobry. Mam jednak wymagającą pracę i mam nadzieję, że nie obrazisz się, kiedy czasami nie będę miała siły przeczytać Ci tylu stron bajki ile będziesz chciała, a wieczorem wykąpie Cię tata, kiedy czasami w sobotę pośpię godzinę dłużej zamiast usmażyć naleśniki zanim Ty wstaniesz, kiedy czasami włączę Ci w ciągu dnia bajkę, żebyś zajęła się sama sobą, a ja w tym czasie po prostu poleżę, kiedy zostanę w pracy godzinę dłużej chociaż obiecałam Ci, że pójdziemy do babci albo poukładamy puzzle. Bo praca też jest ważna, w końcu to dzięki niej będę mogła spełniać Twoje marzenia.
Obiecuje, że będę mówiła Ci "nie". Dlatego, żebyś wiedziała, że nie zawsze można mieć w życiu wszystko, żebyś nie rozczarowała się kiedyś, kiedy okaże się, że czegoś nie możesz kupić czy dostać, żeby ktoś nie skrzywdził Cię mówiąc "nie", którego do tej pory nie znałaś.
Obiecuję Ci, że będziesz dzieckiem tak długo, jak to konieczne. Nie będę z Ciebie robiła małej dorosłej, nie będę wmawiała, że jesteś już na tyle duża, żeby zmywać naczynia i opiekować się młodszym rodzeństwem (o ile będziesz je miała), chociaż Ty będziesz wolała nadal lepić klopsy z piasku i skakać na skakance. Dziecko musi być dzieckiem, nawet jeśli wiąże się to z ubrudzoną nową sukienką, ścianami pomalowanymi pisakami i pozrywanymi kwiatkami w ogrodzie. Ty nie rozumiesz, że tak nie wolno, dla Ciebie to tylko niewinna zabawa. Postaram się na Ciebie zbyt długo nie gniewać :-)
I gdy leżysz tak przesłodko w swoim łóżeczku, przykryta tą różową kołderką i trzesz oczka, bo za chwilę się obudzisz, to wiem, że nieba bym Ci przychyliła, żebyś była szczęśliwa, że oddałabym całe swoje życie i wszystkie pieniądze, żeby Cię uszczęśliwić. Być może wiele z moich obietnic i planów to tylko mrzonki i marzenia, ale mam nadzieję, że uda mi się je spełnić. Życzę sobie, aby w przypadku niepowodzenia tylko niewielki procent dzielił mnie od sukcesu. Chciałabym, abym w momencie, w którym będziesz opuszczać rodzinny dom i zakładać własną rodzinę, nie miała sobie prawie nic do zarzucenia, abym u kresu swoich dni wiedziała, że wychowałam Cię najlepiej jak potrafiłam.
Przy okazji dziękuję Agnieszce za przepiękne zdjęcia. Zaglądajcie do niej na stronę Fotografia - Widźgowscy, zobaczcie jakie tworzy cuda i jak niepowtarzalnie potrafi uwiecznić na zdjęciach najwspanialsze momenty życia :-)
czwartek, 31 marca 2016
7 punktów szczęśliwej mamy
Pierwszy wiosenny post na blogu. Gdy za oknem optymistycznie świeci słońce i można wybrać się na spacer nie rozglądając się na około za deszczowymi chmurami i nie marznąc po 15 minutach do kości, życie staje się piękniejsze. Choć nadal miewam kryzysy małżeńskie, matczyne i światopoglądowe to powoli wszystko zaczyna się układać. Przeczytajcie dlaczego... :-)
Gdy w naszym życiu pojawia się dziecko, nasz świat staje na głowie. Pomijam fakt, że w sypialni główne miejsce zajmuje dziecięce łóżeczko, a przy nim pieluchy, pampersy, zasypki, kremy itd, na podłodze i łóżku zaczynają turlać się pierwsze zabawki, wszyscy domownicy chodzą na palcach, żeby nie obudzić dziecka, a największą radością rodziców jest nie przespana noc, lecz piękna, wielka, śmierdząca kupka :-)
Gdy pojawia się dziecko nagle okazuje się, że zaczynamy cieszyć się z zupełnie innych rzeczy niż przed rodzinną rewolucją. Kilka dni temu zdałam sobie sprawę jak bardzo zmienił się mój system wartości po pojawieniu się Niuni. Kiedyś do szczęścia i pełni relaksu potrzebowałam całego wieczoru: najpierw długa kąpiel w bąbelkach, najlepiej z lampką szampana i dobrą książką lub gazetą, potem krem, maseczka, fantazyjne malowanie paznokci, a na zakończenie miska popcornu i obejrzany z mężem film (w czasie którego najczęściej zasypiałam). Dzisiaj do szczęścia potrzeba mi zdecydowanie mniej.
Okazuje się, że potrzeba faktycznie niewiele. Lista rzeczy, które wprawiają mnie niemal w euforię jest zaskakująco krótka:
1. Spokojnie wzięty prysznic, bez potrzeby wyskakiwania w pośpiechu z wanny, bo Maleństwo właśnie się obudziło (chociaż dopiero 10 minut temu, po godzinie usypiania, wylądowało w łóżeczku). Wszystkie zabiegi ponad to graniczą z bramą raju :-)
2. Pomalowane paznokcie. Nie sądziłam, że to może tak cieszyć.
3. Starannie wykonany makijaż i fryzura. Zdarza się to od święta, kiedy akurat gdzieś na dłużej wychodzimy i jest pretekst, żeby o siebie zadbać.
4. 2 godzinny sen Dzieciątka w ciągu dnia, w czasie którego można doprowadzić się jako tako do porządku, poczytać książkę, prześledzić nowinki w Internecie, obejrzeć serial, czy po prostu się przespać.
5. Zaledwie dwie pobudki w nocy (mam na myśli przedział między 22, a 6 rano, choć dla niektórych nawet 8 to jeszcze środek nocy), w czasie których tylko jedna z nich wiąże się ze spazmatycznym płaczem i bujaniem przez godzinę.
6. Śniadanie zjedzone na siedząco, z obiema rękami wolnymi, bez syreny alarmowej wyjącej w łóżeczku/wózku/kołysce.
7. Czas, kiedy przez chwilę Niunią zajmują się dziadkowie, a ja mogę wyskoczyć na zakupy (do drogerii i spożywczego!).
Pewnie mogłabym dopisać jeszcze kilka punktów do tej listy, ale ostatnio nauczyłam się cieszyć z małych rzeczy. Choć wydawało mi się, że 3-miesięczne dziecko pochłania zdecydowanie mniej uwagi, więcej śpi, mniej stęka i marudzi, to nauczyłam się z tym żyć. Czasami nadal doprowadza mnie to do furii, bo wyobrażałam sobie, że na tym etapie w ciągu dnia będę miała dużo więcej czasu dla siebie. Wiedziałam, że z biegiem tygodni dziecko będzie wymagało więcej uwagi, będzie dłużej spało w nocy, za to mniej w dzień, jednak nieświadoma czyhających niespodzianek liczyłam, że nastąpi to najszybciej około 5 miesiąca. Mimo rzadszych i krótszych drzemek w ciągu dnia w nocy nie sypia więcej, budzi się ciągle niemal tak samo często. W ciągu dnia, gdy nie śpi, wymaga ciągłej uwagi, spuszczenie jej z oczu na pół minuty grozi u niej atakiem paniki. Dlatego musiałam zweryfikować moje marzenia. I w momencie kiedy to zrobiłam bycie matką okazało się troszkę łatwiejsze. Wiedziałam, że tak trzeba, bo inaczej bym oszalała. Nadal marzy mi się spokojny wieczór z mężem, kiedy przytuleni oglądamy film, popijamy piwko i zajadamy przekąski, lub poranek, kiedy nie trzeba od razu zrywać się z łóżka, tylko można w nim pognić pół godzinki, obejrzeć tv i kilka razy się przeciągnąć, ale na to pewnie jeszcze będziemy musieli trochę poczekać. A potem być może pojawi się kolejne dziecko i marzenia znów zostaną odstawione na boczny plan.
Ale wiecie co? Czasami mnie to wszystko wkurza i tęsknię za dawnym, spokojnym życiem. Czasami mam ochotę wyjść i nie wracać. Jednak kiedy widzę jak mój Skarb się do mnie uśmiecha, łapie mnie za rękę, zaczyna pierwsze, "gruchane" rozmowy, nic więcej się nie liczy i jestem wtedy najszczęśliwsza na świecie. To nic, że w przetłuszczonych włosach, rozciągniętych dresach, bez makijażu i z zapuchniętymi oczami ...
poniedziałek, 21 marca 2016
Prosty i pyszny warkocz drożdżowy
Miniony weekend świętowaliśmy pysznym drożdżowym wypiekiem. Nic nie kojarzy mi się tak z domem jak zapach świeżego chleba i drożdżówki. Będąc w ciąży obiecałam sobie, że moje dziecko będzie dokładnie znało ten zapach - zapach rodzinnego domu. Że będę mu gotować, piec, spędzać z nim czas w kuchni, aby zarazić go moją kulinarną pasją. Że w dorosłym życiu, przechodząc obok piekarni, będzie przypominało sobie wypieki mamy i zawsze z radością będzie do mnie wracać, a zakładając własną rodzinę z sentymentem będzie odtwarzać moje przepisy.
Choć Bianka jest jeszcze maleńka, to już zaczęłam wdrażać w życie mój plan. Z radością zauważyłam, że z ciekawością przygląda się moim zajęciom w kuchni. I choć jest jeszcze za mała, aby skosztować moich wypieków, już niebawem wspólnie będziemy gotowały pierwsze zupki. Bo wiem, że nie ma nic lepszego dla rodziny niż podawanie im domowych pyszności, a dla matki nie ma większej radości, jak te pyszności rodzinie smakują :-)
Dlatego chcę się z Wami podzielić na jedną z lepszych drożdżówek, które do tej pory piekłam. Nie wyobrażam sobie, żeby mogła się nie udać. Spróbujcie, na pewno zasmakuje Waszym najbliższym.
Składniki:
- 270 g mąki
- 20 g świeżych drożdży
- 130 ml mleka
- 1 duże jajko lub 1 małe jajko i 1 żółtko
- 50 g cukru
- 50 g roztopionego masła
- 16 g cukru wanilinowego
- pół słoiczka powideł śliwkowych
- 70 -100 g posiekanych orzechów laskowych *
Mleko podgrzać, dodać łyżkę cukru i drożdże. Wymieszać i odstawić na 10 minut.
Mąkę przesiać do dużej miski, dodać pozostały cukier i cukier wanilinowy oraz jajko. Wlać zaczyn drożdżowy. Wyrobić. Pod koniec wyrabiania dodać rozpuszczone masło. Ciasto wyrabiać tak długo, aż będzie elastyczne i nie będzie przyklejało się do rąk (około 7 minut). W razie potrzeby podsypać niewielką ilością mąki.
Przykryć ściereczką i odstawić do wyrośnięcia w ciepłe miejsce na 1,5 godziny.
Po tym czasie ciasto rozwałkować na prostokąt, około 3-4 mm grubości. Posmarować powidłami, posypać orzechami, zwinąć w roladę wzdłuż dłuższego boku. Przekroić wzdłuż na pół, pozostawiając nie przekrojone 3-4 cm z jednej strony. Zawinąć dwa kawałki ciasta wokół siebie, tak, żeby powstała przeplatanka a'la warkocz.
Odstawić na pół godziny do ponownego wyrośnięcia.
Piec około 45 minut w 180 stopniach.
Przed podaniem polukrować.
*Powidła można zastąpić Nutellą, orzechy pokrojoną w kostkę czekoladą lub owocami. Pozostawiam to Waszej inwencji twórczej.
piątek, 18 marca 2016
Mama też człowiek
Ostatnio natknęłam się na fajny artykuł w gazecie dla przyszłych i świeżo upieczonych rodziców (ostatnio niemal tylko na takie lektury udaje mi się wygospodarować nieco czasu). Natchnęło mnie to do refleksji nad macierzyństwem. Gdy dowiedziałam się, że jestem w ciąży snułam marzenia i nie raz wyobrażałam sobie siebie w roli matki. Muszę przyznać, że życie zweryfikowało wiele z moich wyobrażeń o życiu we trójkę. Wydawało mi się, że będzie to o wiele prostsze, że takie maleńkie dziecko o wiele więcej śpi, szybko się najada i idzie spać dalej, a kiedy nie śpi to grzecznie leży i ślicznie uśmiecha się do mamy :-) Tymczasem okazało się, że dzieci robią kupkę za kupką (albo nie robią jej w ogóle, co jest jeszcze gorsze), siusiu co chwila i czasami nie można nadążyć ze zmianą pieluchy. Śpią jak mysz pod miotłą, kołysane godzinę usypiają na 15 minut i znowu się budzą, a jeśli już śpią dłużej niż kwadrans to tylko na rękach - odkładane do łóżeczka gwałtownie się budzą. Zamiast grzecznie jeść kręcą się, gryzą, szarpią, odwracają głowę, przez co łykają więcej powietrza niż mleka. Każde prutniecię obarczone jest 5 minutami płaczu. Nie chcą odwracać główki z boku na bok, nie lubią leżeć na brzuszku, albo wręcz nie znoszą innej pozycji, nie wodzą wzrokiem za grzechotką, a przecież w książce było napisane, że powinny! Nie jedzą regularnie, nie chcą grzecznie poczekać na mleko, a producent pisze, że powinny dostawać butelkę co 4, a nie co 3 godziny. Płaczą nieraz godzinami i nie chcą powiedzieć dlaczego, mają kolki, niezależnie od płci (choć podobno chłopcy mają częściej), ulewają, wydawałoby się, że nieraz więcej niż zjadły. Krzyczą wniebogłosy gdy tylko położy się je do wózka i nagle wizja matki spokojnie czytającej książkę w parku przy śpiącym w wózku dziecku odchodzi w niepamięć. Okazuje się też, że nie wszystkie dzieci uwielbiają spać w samochodzie. I nagle nic nie jest takie proste, jak wydawało się przez te 9 miesięcy błogosławionego stanu.
Kiedy w końcu udaje się położyć małego terrorystę spać i po całym dniu walki idziesz do łazienki, patrzysz w lustro z nadzieją, że zobaczysz boginię domowego ogniska, w czystym, ładnym ubraniu, z nienagannym makijażem, fryzurą prosto od stylisty i świeżo zrobionym manikiurem. Tymczasem co widzisz? Z lustra patrzy na Ciebie zmęczona, smutna, sfrustrowana kobieta, w rozciągniętych dresach, z uczesaniem które nie wie kto to fryzjer, z podkrążonymi oczami, pociążowym brzuszkiem i jeszcze większą ilością kompleksów niż przed ciążą. Usiłujemy pogodzić wszystkie życiowe role: matki, żony i kochanki, córki, wnuczki, przyjaciółki. Nie pamiętasz jednak o najważniejszej roki - roli kobiety, człowieka, siebie. W pewnym momencie trzeba powiedzieć dość i przestać terroryzować się rolą bycia "idealną matką", wyłączyć TV, z którego krzyczą do nas wyidealizowane stereotypy Matki Polki i trochę odpuścić, pomyśleć o sobie. Przecież szczęśliwa matka to szczęśliwe dziecko i o tym przede wszystkim trzeba pamiętać. Nie jest najważniejsze, żeby dziecko chodziło w firmowych ciuszkach, chodziło na spacery 1,5 godziny dziennie w wózku z najwyższej półki, spało tylko w swoim łóżeczku (bo spadnie z rodzicami jest zabronione), bawiło się tylko edukacyjnymi zabawkami, nie dostawało smoczka, nie płakało. Wszystko jest dla ludzi, najważniejsze, żeby nasze dziecko było szczęśliwe... Tylko jak tu nie dać się zwariować?
czwartek, 17 marca 2016
Córeczka tatusia
4 z rzędu prawie nieprzespana noc za mną. Zaczynam się zastanawiać, czy sen jest w ogóle człowiekowi potrzebny? Może do tej pory żyłam w błędnym przekonaniu, że chcąc się porządnie wyspać muszę leniuchować co najmniej do 10? Ale w nocy, kiedy z łzami w oczach z bezsilności kolejny raz wstaję ukołysać małą, nachodzą najlepsze refleksje. Matka stworzona jest po to, by nieustannie żyć w cieniu swojego dziecka ... i jego ojca. Jedynie ciąża jest tym momentem, kiedy to nad kobietą wszyscy robią och i ach. A potem nadchodzi szarość dnia codziennego. Kiedy przychodzi w odwiedziny rodzina i znajomi przechodzą obok mnie jak obok manekina (choć przecież specjalnie zdjęłam dresy, uczesałam się i zrobiłam szybki makijaż), biegną do małej i zaczynają się zachwyty. Jaka ona śliczna (tak, ma dobre geny), jaka uśmiechnięta (jakby mnie ktoś bujał pół nocy też bym była), jak się szybko rozwija (łykałam garść witamin w ciąży, biegałam po lekarzach to i zdrowa jest), jakie ma śliczne ciuszki (ostatni grosz potrafię wydać na jej ubranka) i mój FAWORYT - jaka ona podobna do tatusia!
I tutaj na moich ustach przyklejony uśmiech, w głowie potężny krzyk "NIEEE!", a serce pęka na tysiąc kawałków. Nie jest podobna i koniec, nawet gdyby była, to nie pozwalam i już. To moja córeczka, moja perełka i moja księżniczka! Od początku ciąży wiedziałam, że to będzie dziewczynka, od zawsze chciałam mieć córkę i to moje oczko w głowie (nawet wtedy, gdy puszczają mi nerwy). Będzie syn, to może być tatusiowy, córeczka jest moja! To ja znosiłam wszelkie niedogodności ciąży, ja w bólach rodziłam, ja płakałam przy jej karmieniu, bo tak mnie bolało. Płakałam razem z nią jak miała kolki, śpię jakbym nie spała, bo i tak czuwam, budzę się przy każdym jej kichnięciu, katuję kręgosłup i ręce nosząc tego małego klopsa, a kiedy jej ojciec, pracując z dala od domu śpi spokojnie do samego rana to ja zarywam noce, bo mała ma akurat gorszy okres. A i tak na końcu usłyszę - "wykapany tatuś".
Matka ma być przy dziecku i nie dopuścić do tego, by płakało - to mój obowiązek. Nikt nie zwraca uwagi na moje podpuchnięte oczy i zmęczone ręce. Za to piorunujący wzrok, bo mała płacze, a ja nie podnoszę jak tylko piśnie, nie jest mi obcy. Ja jestem ta zła, co to nie rozumie, że to jeszcze dziecko, co złości się, bo mała nie chce przesypiać nocy, co drażni ją, że dziecko usypia tylko kołysane na rękach. Jestem złą matką, bo czasami chcę zadbać również o odrobinę własnej wygody i walczę z jej złymi przyzwyczajeniami. I choćbym na rękach chodziła to i tak wszystkim nie dogodzę. I choćbym była nie wiadomo jak dzielna to nikomu nie zaimponuję, bo takie niedocenione życie matki. Za to tatuś bawi się z córeczką najlepiej na świecie, patrzy na nią z największą miłością, jest najbardziej dumny na świecie, że ma taką śliczną córcię i w ogóle jest naj, bo tak dzielnie i wytrwale pomaga, chociaż sam pracuje z dala od domu. I tak już będzie do końca życia, choćbym sobie włosy z głowy rwała to córeczka tatusia pozostanie córeczką tatusia.
Subskrybuj:
Posty (Atom)


















